Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 25 sierpnia 2020

KOLONIALIZM BRYTYJSKI W AMERYCE PÓŁNOCNEJ DOBY XV, XVI I XVII WIEKU NA WYBRANYCH PRZYKŁADACH


          Anglia w porównaniu do Hiszpanii i Portugalii dość późno stała się  państwem – kolonizatorem. Wcześniejsze wydarzenia na wyspach brytyjskich, tj. wojna stuletnia (1337 – 1453)  oraz Wojna Dwóch Róż doprowadziły do tego, iż Anglia samoistnie pozostawała izolowana od reszty kontynentu europejskiego. Państwo to do tej pory nie miało tradycji żeglugi dalekomorskiej, ani też nigdy nie poszło tropem Normanów, którzy to niegdyś wytyczyli szlak prowadzący do „Nowego Świata”.

          Patrząc na te poczynania, raczej, antykolonialne (można dojść do takiego wniosku bez większego trudu), należy postawić kluczowe pytanie – skąd się wziął angielski tytuł do roszczeń wobec ziem w Ameryce Północnej? No cóż, odpowiedzi nie trzeba daleko szukać, bowiem powodem tym był nie kto inny, jak John Cabot (Giovanni Caboto – genueński żeglarz, podróżnik), który pod koniec XV wieku zamieszkał w Bristolu, ówczesnym głównym leżącym na zachodnim brzegu porcie Anglii), a raczej jego propozycja złożona królowi Henrykowi VII, by poszukiwać „angielskiej” drogi do Azji Północnej podążając ku zachodowi. I tak też się stało, albowiem już w 1497 roku z poparciem kupców bristolskich wyruszył na statku „Matthew” w podróż przez Atlantyk, tym samym docierając do wybrzeży Ameryki w pobliżu Nowej Funlandii (tam, gdzie przed wiekami dopłynęli wcześniej wspomniani Wikingowie). Odkryte na nowo ziemie wziął w posiadanie w imieniu Korony Brytyjskiej. Po powrocie do Anglii hucznie go przywitano, bowiem powszechnie myślano, iż odkrył drogę morską do Azji Pn. Po kilku miesiącach Cabot ponownie wyruszył tym samym szlakiem. I od tej pory ślad po nim zaginął. Nigdy później już o nim nie słyszano. Na jakiś czas ucichły głosy zainteresowania zamorskimi podróżni. Do czasu.

          Już w połowie XVI wieku pojawiły się czynniki, które to doprowadziły do ponownego zainteresowania zamorskimi obszarami. Należały do nich: 1) wzrost produkcji wełny, a co za tym idzie poszukiwanie przez angielskich kupców nowych rynków zbytu; 2) pauperyzacja, tj. zubożenie społeczeństwa (zwłaszcza niższych warstw ludności); 3) wzrost cen. Dodatkowym impulsem do zamorskich podróży było prześladowanie protestantów a rządów Marii Tudor, która była katoliczką oraz jej sympatia pro-hiszpańska, co nie podobało się Anglikom i to, wraz z sentymentami antyhiszpańskimi i antykatolickimi, wzmocniło poczucie silnej więzi narodowej Anglików.

          Warto też przy okazji początków kolonializmu brytyjskiego wspomnieć o piractwie. Znamiona takie nosi wiele wypraw oficera – Francisca Drake’a, który w latach 70-XVI wieku zdobył wiele ton hiszpańskiego srebra, przewożonego przez Panamę, a w 1577 roku odbył słynną podróż dookoła świata, docierając nawet do rejonu, gdzie dziś znajduje się jedno z wielkich miast dzisiejszych USA – San Francisco (nasuwa mi się ciekawa myśl, mianowicie skąd nazwa „Francisco”? Czyż przypadkiem nie od imienia owego podróżnika, o którym tu mowa?) Drake w późniejszym czasie zdobył San Domingo i spalił St. Augustine na Florydzie. Mimo, iż Anglia nie była w stanie wojny domowej z Hiszpanią, to te „pirackie wybryki” cieszyły się poparciem królewskiego dworu królowej Elżbiety I. W rezultacie Drake’a uszlachcono, a Johnowi Hawkinsowi z Plymouth, który to zabieranych siłą z portugalskich okrętów murzyńskich niewolników, sprzedawał w karaibskich, hiszpańskich koloniach, nadano herb, gdzie widniał Maur w kajdanach.

          W końcu pojawiła się idea szlachcica z Devon – Humphrey’a Gilberta, który to odebrał wykształcenie w Eton i Oxfordzie. Głosił on następującą teorię: „zaludnić pogańskie lub barbarzyńskie kraje, nie będące faktycznie w posiadaniu żadnego księcia ani narodu chrześcijańskiego”.[1] Doprowadził on do założenia pierwszej kolonii w Nowej Funlandii, gdzie Anglia wysłałaby swoich kolonistów, sprzedawała swoje produkty oraz poszukiwała dla siebie pożywienia (1583).

          Tak więc, tym samym, można zaobserwować, iż od końca XVI wieku istnieje jakoby podwójna osobowość angielskiego imperium, z jednej strony rysuje się obraz kolonii handlowych, a z drugiej ziemie, na których krzewiono chrześcijaństwo i osiedlano ludność nie posiadającą. Ta kolonizacja stała się podobna na wzór (oczywiście w pewien sposób) irlandzkiej.

          Warto też nadmienić, że idea północno – zachodniego szlaku jeszcze długo nie upadła. Wody Arktyki jakiś czas były penetrowane i badane przez Anglików. Wspomnę tu o trzech ważnych odkrywcach przełomu XVI i XVII wieku. Pierwszym z nich był John Davis, który opłynął Grenlandię i odkrył Cieśninę nazwaną od jego nazwiska – Cieśniną Davisa. Kolejnym, z początku XVII wieku był Henry Hudson, który odkrył zatokę (dziś Zatoka Hudsona). Trzecim z kolei odkrywcą był William Baffin (Zatoka Baffina).

          Dzieło wspomnianego już wcześniej Gilberta, kontynuował jego przyrodni brat – Walter Raleigh (faworyt Elżbiety I, poeta i podróżnik). Stał się on teoretykiem pewnego rodzaju imperializmu morskiego. Miał powiedzieć: „Kto włada morzem, włada handlem; kto włada handlem, włada bogactwem świata, a co za tym idzie – samym światem”.[2] Zorganizował też szereg wypraw w celu założenia kolonii nazwanej na cześć królowej – Wirginia. Pierwsza odbyła się wiosną 1584 roku poprzez Wyspy Kanaryjskie i Karaiby pod wodzą Ralpha Lane. Kolejna w 1585 roku, której celem była wyspa Roanoke, poznana w minionej ekspedycji, dowódcą był Richard Grenvile. Wśród tejże grupy osadników był wysłany przez Raleigh’a jego wykładowca z Oxfordu – Thomas Herriot, który to sporządził dość dokładny opis „nowej ziemi nazwanej Wirginią”. Oto fragment opisu osad indiańskich:

 

„Ich miasta są na ogół małe

rzadko tylko położone blisko

                                               wybrzeża morskiego, składają się

                                               zwykle z 10 lub 12 domostw,

                                               czasami 20, a największe jakie

                                               widzieliśmy liczyły 30 domów (…)

                                                zbudowane są z niewielkich

                                                palików związanych u szczytu

                                                podobnie jak w altanach

                                                angielskich ogrodów (…)[3]

 

Tak więc z tego oto opisu wyłania się obraz tego, co zobaczył Harriot oraz, co ujrzeli najprawdopodobniej wszyscy ci, którzy dotarli do wybrzeży „Nowego Świata”. Z tym, że jedne plemiona indiańskie były wobec „białych” pozytywnie nastawione, a inne wrogo, a nawet bym powiedział, że wręcz bojowo. 

          Jako ciekawostkę można dodać, iż losy kolonistów z Roanoke pozostają po dziś dzień tajemnicą, czekającą na swych odkrywców. Nie wiadomo bowiem co stało się z europejskimi mieszkańcami wyspy. Istnieją różne teorie. Jedni sądzą, iż umarli z głodu, inni - w walkach, a pozostali uważają, że tak naprawdę przetrwali, lecz zasymilowali się z tamtejszą ludnością tubylczą. Roanoke jest po dziś dzień znana jako „lost colony” (zaginiona kolonia) i na pewno dla nie jednego, ale wielu literatów oraz reżyserów będzie inspiracją w tworzeniu ich dzieł.

         Podsumowując wiek XVI w kwestii omawianej można wyciągnąć następujące wnioski: 1) próby założenia kolonii w Ameryce przez kolonistów „Jego/Jej Królewskiej Mości Korony Brytyjskiej” zakończyły się fiaskiem; 2) zdobyto wiele doświadczenia oraz wiedzy na temat kultury, obyczajowości, przyrody oraz ogólnie kolonializmu w Ameryce; 3) idea angielskiej kolonizacji na „nowym kontynencie” została dosyć szybko i szeroko rozpowszechniona, a co za tym idzie znalazła swych gorących zwolenników. Oczywiście stało się również popularne przekonanie o tym, iż północne wybrzeża Ameryki należą się prawomocnie Anglii.

          Przytoczyć należy krótką genezę pierwszej trwałej kolonii angielskiej, a mianowicie – Jamestown. Osada ta została założona w miejscu nazwanym na cześć króla Jakuba I Stuarta. Była ona ukierunkowana na zysk, tj. czysto handlowy. Jej źródłem, jak zakładano, miały być: 1) wydobycie złota; 2) handel z Indianami; 3) produkcja materiałów dla marynarki brytyjskiej.

          W 1607 roku do Wirginii dotarły pierwsze statki wiozące 144 osoby.[4]  Przy zakładaniu wioski nie brano pod uwagę szerszej kolonizacji. Nie przysłano żadnej kobiety. Dopiero w 1608 roku przybył statek z nowymi 70 kolonistami, a w tym tylko z dwiema paniami![5] Osadnicy traktowani byli jako pracownicy Kompanii (chodzi tu oczywiście o Kompanię Wirginii z Londynu). Praca ich oparta została na zasadzie kolektywizmu, tzn. wszyscy mieli pracować razem na rzecz Kompanii. W ciągu trzech pierwszych lat (1606 – 1609) sponad 900 osadników, przeżyło jedynie 60 osób.[6] Spowodowane to było przede wszystkim chorobami (Jamestown położone było wśród bagien), ale i też w wyniku głodu. Nawet znane są przypadki kanibalizmu.

          Teraz należałoby przytoczyć przykłady pierwszych Polaków, którzy odbyli podróż do „Nowego Świata” w służbie angielskiej. W pracach niektórych historyków można natknąć się na hipotezę głoszącą, że wśród członków wyprawy Waltera Raleigh’a do Wirginii w roku pańskim 1585 miało być kilku polskich smolarzy. Jednak pierwsza udokumentowana obecność Polaków w Ameryce Północnej, to 1608 rok. Wtedy to na pokładzie angielskiego okrętu „Margaret and Mary” przybyli do Jamestown jako wykwalifikowani rzemieślnicy. Longin Pastusiak (współczesny polski politolog, historyk, lecz przede wszystkim amerykanista), mówi tak o polskich kolonistach: „Nie znamy ich nazwisk. Znamy imiona oraz kilka szczegółów z ich pobytu w osadzie Jamestown. Wiemy, że brali udział w walkach z okolicznymi Indianami, że uratowali życie kapitanowi Johnowi Smithowi, który stał na czele osady, że zorganizowali pierwszy strajk i pierwszą demonstrację na rzecz praw obywatelskich w Ameryce. Kiedy w 1619 roku Polakom odmówiono prawa głosu i prawa reprezentacji w zgromadzeniu ustawodawczym – przerwali pracę. Strajk był skuteczny. Uzyskali nie tylko prawo głosu, ale również prawo do posiadania własności”.[7]

          Wyłania się tu obraz, jak widzimy, pierwszych naszych rodaków na ziemi amerykańskiej, postrzeganych jako walecznych i bohaterskich (typowych Sarmatów) oraz bojowników o prawa obywatelskie. No cóż, szkoda tylko, że mało kto dziś o tym pamięta.

          Jeśli chodzi o stosunki „białych” z „czerwonymi”, to obecność Indian była niemałym problemem dla angielskich kolonistów. Wyższość Anglików nad tubylcami cechowała się tym, że ci pierwsi posiadali broń palną, choć byli uzależnieni od tych drugich, jeśli chodzi o dostawy żywności. John Smith chociaż był zainteresowany obyczajami i kulturą Indian, to jednak poszedł śladami Corteza, będąc zwolennikiem polityki tzw. „twardej ręki” w ich traktowaniu. Warto wspomnieć, iż w 1622 roku miała miejsce krwawa masakra, gdzie śmierć poniosło 347 kolonistów z rąk Indian z plemienia Powhatana.[8] Gdy wyszły na jaw ponure statystyki śmiertelności pośród Anglików posłanych do Wirginii oraz beznadziejny stan finansowy Kompanii, wówczas w 1624 roku król rozwiązał Kompanię Wirginii, a kolonia została włączona pod bezpośrednie wpływy Korony Brytyjskiej. W przeciągu 17 lat wysłano do Wirginii około 6000 osób, a w momencie likwidacji Kompanii pozostało zaledwie blisko 1200 ludzi![9] Jest to naprawdę ponura i tragiczna statystyka, ukazująca jak bardzo niesprzyjające dla pierwszych Europejczyków w początkowym okresie emigracji były warunki w Ameryce, zarówno te naturalne, jak i antropologiczne.

          Kolejnym zagadnieniem, które trzeba poruszyć jest kwestia dotycząca Plymouth oraz purytanów. Mianowicie kolonia w Plymouth, u wybrzeży Nowej Anglii powstała w zupełnie innych okolicznościach niż osada Jamestown. Ojcowie Pielgrzymi, którzy dotarli tutaj w 1620 roku na statku „Mayflower” targani byli motywami religijnymi. Postrzegali oni Nowy Świat jako miejsce, gdzie istnieje możliwość wybudowania idealnego społeczeństwa protestanckiego, z daleka od świata, którym rządzą prześladowania, zło, korupcja i chaos. Takim światem – starym światem – według nich do tej pory była współczesna im Anglia. To właśnie purytanizm amerykański, tj. samodzielna emigracja osób prześladowanych w Wielkiej Brytanii odegrała wielką rolę i wpływ na kształtowanie się kultury młodego narodu, będącego mieszanką narodowościową i etniczną. Ojcowie założyciele Plymouth byli jakby można to określić –  „separatystami”, którzy oderwali się od oficjalnego, państwowego Kościoła anglikańskiego. Jak już wcześniej wspomniano, w listopadzie 1620 roku (stąd w tym czasie w USA odbywa się Święto Dziękczynienia) statek „Mayflower” ze 102 pasażerami wpłynął do Zatoki Massachusetts.[10] Owi podróżnicy przeszli do historii jako Pielgrzymi (the Pilgrims). Nakazali potomkom wiarę w to, iż to oni są założycielami późniejszych Stanów Zjednoczonych. Przywódcami byli, m.in.: William Brewster, John Carver oraz William Bradford. Jeszcze przed osiedleniem, na statku Pielgrzymi  uzgodnili kanon praw, zwany “Mayflower Compact”, który stanowił podstawę kalwińskiej demokracji. Oto fragment tej deklaracji:

 

                                                   „W imię Boże Amen, My,

                                                  których nazwiska są niżej podpisane,

                                                  lojalni poddani naszego drogiego

                                                  Suwerena Jakuba, z Bożej łaski

                                                  Króla Brytanii, Francji, Irlandii

                                                  Obrońcę Wiary (…)

                                                   Podjąwszy dla chwały Bożej

                                                   i postępu wiary chrześcijańskiej

                                                   oraz honoru naszego Króla i Ojczyzny

                                                   podróż, by założyć pierwszą kolonię

                                                   w tych północnych częściach Wirginii

                                                   (…) umawiamy się i łączymy

                                                    w obywatelskie ciało polityczne (…)”[11]

       

          Stosunki kolonistów purytańskich z tamtejszymi Indianami z plemienia Pawtuxet układały się dość dobrze. Pomijając jednak te kwestie, należy zwrócić uwagę na to, iż jesienią 1628 roku istniało już kilka osad angielskich w Nowej Anglii, lecz jednak Plymouth pozostawał tą największą. Duża liczba wiosek powstała w Zatoce Bostońskiej. W samym Plymouth było aż 40 rodzin.[12] Zyski (i to w cale nie małe) przynosił handel futrami bobrów z Indianami. Jego postęp doprowadził do budowy faktorii handlowych nad rzeką Kennebec oraz na Półwyspie Cod.

          Tak też właśnie wyglądają pierwsze lata kolonializmu purytańskiego. Nie był on łatwy, lecz miał cel – zbudować idealne społeczeństwo chrześcijańskie. Chociaż pozostawało to w sferze marzeń niejednego Ojca Pielgrzyma, to jednak utopia ta w pewnej mierze stawała się faktem dokonanym (mniej lub bardziej).

          Teraz należałoby się skupić na początkowym okresie gospodarki plantacyjnej kolonistów angielskich. W koloniach brytyjskich powstało kilka stref plantacyjnych: 1) strefa tytoniowa wokół Zatoki Chesapeake; 2) strefa cukru na wyspach Indii Zachodnich; 3) strefa ryżu indygo oraz bawełny w Karolinach oraz Georgii. Trzonem produkcji rolnej na tych ziemiach było zmasowane produkowanie na eksport. Środkami produkcji były głównie: ziemia, siła robocza, kapitał i przedsiębiorczość osadników. O ile z tym pierwszym nie było większego problemu, to trzy pozostałe stanowiły jakiejś wagi kłopot. We wczesnych koloniach rynek wewnętrzny praktycznie nie istniał i nie mógł konkurować z eksportem.

          Od momentu wprowadzenia w latach czterdziestych XVII wieku, w wyniku spadku cen tytoniu, masowej uprawy trzciny cukrowej, kolonie na Karaibach wytworzyły klasyczny model gospodarki plantacyjnej. Warto wspomnieć, iż około 1680 roku plantatorzy z Barbados byli najbogatszymi w brytyjskiej Ameryce, natomiast kolonie „cukrowe” nawet w drugiej połowie XVIII wieku przynosiły Wielkiej Brytanii trzykrotnie większe zyski, niżeli kolonie tytoniowe i ryżowe. Należy też wskazać tutaj na różnicę pomiędzy wyspami, a koloniami kontynentalnymi. Na tych pierwszych utworzono instytucję tzw. „nieobecnego właściciela” (absentee landlord), który to mieszkał w Anglii, a wynajęci przez niego plantatorzy – zarządcy, kierowali plantacjami. Natomiast w południowych koloniach na kontynencie, właściciele zazwyczaj pozostawali na miejscu i osobiście kierowali interesami. Typową dla karaibskich kolonii angielskich jednostką była sporej wielkości plantacja należąca do jednego właściciela, na której to pracowała duża liczba niewolników – do 200 lub nawet 300[13]. Ogólnie rzecz ujmując, jeśli chodzi o angielskie kolonie kontynentalne, to aż do niepodległości USA najważniejszym produktem eksportowym był tytoń.

          Dynamika wzrostu produkcji tej rośliny była ogromna. Przykładowe statystyki porównawcze: liczba ludności w Wirginii w latach 1624 – 1700 wzrosła czterokrotnie z około 2 500 do 100 000, a produkcja tytoniu w tym samym okresie czasu wzrosła ponad 300 razy ze 119 000 funtów do aż 36 000 000 funtów (a w czasie Rewolucji – ponad 100 000 000 funtów!)[14]. Są to jak widać całkiem niezłe sumy. Podobnie jak na Karaibach, koloniści regionu terytorialnego pochłonięci byli przez całe XVII stulecie uprawą jednej rośliny. Tylko tytoń był uprawiany dla zysku. Nim to płacono za import potrzebnych towarów z Anglii. Stał się on uniwersalnym pieniądzem na tych obszarach. Używany był bowiem w transakcjach bardzo rzadko.

          Anglia pozostała wierna zasadom merkantylizmu, dlatego też zabraniała bicia monet w koloniach, a nawet ich wwożenia do Ameryki. Z tego też powodu szeroko rozwinięty był handel wymienny. Rozliczanie transakcji w jednostkach wagowych tytoniu było stosunkowo łatwe i praktyczne. Pełnił dwoistą rolę – produktu i waluty. Jeden z kolonistów nazwał go w 1698 roku: „naszym mięsem, napojem, ubraniem i pieniądzem”.[15] Jednostronność gospodarki i uzależnienie od wahań rynku, tak opisywał w swojej satyrze pierwszy poeta Marylandu – Ebenezer Cooke:

 

                                                        „Zbyt długo, niestety tytoń

                                                         ich pracą rządził, dziś

                                                         płaczą bo rynki tracą;

                                                         Szerokie równiny i ich bujne plony

                                                         Nagradzają biedę wieśniaków

                                                         strudzonych.

                                                         Serca im truchleją, gdy ceny spadają.

                                                         lecz odwagi brak nowych

                                                         próbować zajęć (…)”[16]

 

          W Ameryce – Nowym Świecie, Anglicy zajmowali najpierw wybrzeże, od rzeki Hudson do Wirginii, gdzie zakładali swoje osady, m.in. eksperymentalne Jamestown. W ich opozycji stali natomiast Francuzi, którzy zagłębiali się w kontynent. Należałoby wspomnieć o tym, iż król Jakub I nadał dwóm Kompaniom wybrzeże kontynentu północno - amerykańskiego od 34 do 38 stopnia i od 41 do 45 stopnia szerokości geograficznej północnej.[17]

          Natomiast w kwestii demograficznej periodyzację imigracji do Ameryki Północnej można podzielić na cztery okresy: 1) kolonialny; 2) formowania się charakteru Republiki; 3) nowej imigracji; 4) tzw. „okres nowoczesny”. Trzeba by się przede wszystkim skupić na pierwszym, spośród tych okresów, czyli kolonialnym.

          A.W. Green w swojej „Socjology”, twierdzi że okres kolonialny przypada na lata 1607 – 1800. Na bazie przeprowadzonych w 1932 roku szacunków, stwierdzono iż „ponad 90 % ludności kolonialnej pochodziło z Europy północnej i zachodniej, a w tym 64 % z Wysp Brytyjskich”.[18] Przytoczone dane, są ważne, bo podkreślają, jak ważny, a zarazem istotny był okres kolonialny w historii Stanów Zjednoczonych oraz w historii kolonializmu angielskiego. To w tym czasie, jak już wyżej wspomniano, aż 64 % kolonistów, pochodziło z Wielkiej Brytanii, stąd też można, a nawet trzeba wyciągnąć dość śmiały wniosek, iż dzisiejsze USA mają charakter angielski (m.in. dominuje język, część obyczajów i tradycji, etc.). Większość ludności ma pochodzenie właśnie brytyjskie, a nie francuskie czy hiszpańskie, choć dane statystyczne wciąż ulegają zmianom i nie jest wykluczone, że z upływem czasu zmienią się na niekorzyść potomków kolonistów angielskich.

          Tak więc, okres kolonialny w dziedzinie demografii, a ściślej ujmując w migracji, wpłynął na kształt ludnościowy dzisiejszych Stanów Zjednoczonych. Hieronim Kubiak, tak o tym pisze: „Anglicy emigrowali do Ameryki Północnej w sposób ciągły, choć ilościowo zmienny, od 1607 roku, tj. założenia Wirginii do lat siedemdziesiątych / osiemdziesiątych XIX wieku, (…). Wiek XVII w angielskiej emigracji symbolizują daty wylądowania tzw. Pielgrzymów („Mayflower”, 1620), osiedlenie się purytanów w Nowej Anglii (lata 1630 – 40), założenie Marylandu, jako schroniska dla angielskich katolików, czy założenia Pensylwanii przez kwakrów (rok 1681). Na tej podstawie – jak dodaje – twierdzi się, iż osadnictwo angielskie w siedemnastowiecznej Ameryce spowodowane zostało głównie względami religijnymi, czy politycznymi”.[19]

          Jako komentarz można stwierdzić, że słowa profesora Kubiaka potwierdzają, iż głównymi motywami emigracji Anglików do Ameryki Pn. w XVII wieku były względy religijne i polityczne. Jednak na podstawie wcześniejszych opisów, można do nich dodać jeszcze czynniki gospodarczo – handlowe (poszukiwanie rynków zbytu, etc.).

          Reasumując, kolonializm brytyjski ukierunkowany na ziemie Ameryki Północnej doprowadził do utworzenia nie tylko strefy zbytu czy azylu dla innowierców oraz żądnych przygód podróżników, lecz przede wszystkim do stworzenia realnie Nowego Świata – Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Choć tak jak opisywałem w tejże pracy trudną drogę kolonistów, opierając się m.in. na przykładzie Jamestown, tak sądzę, iż właśnie ci koloniści nieformalnie byli już pierwszymi Amerykanami, niezależnie od tego czy Koronie Brytyjskiej to się podobało, czy też nie.

          Według mnie, kolonializm brytyjski doby XVI wieku, a przede wszystkim XVII wieku, stanowi podwalinę, fundament pod przyszły, już oficjalny, wolny i suwerenny naród amerykański. I tak też Korona Brytyjska usiłowała podporządkować sobie ziemie Nowego Świata poprzez swoich kolonistów, a ci z kolei z  biegiem czasu dążyli do usamodzielnienia i niezależności zarówno politycznej, jak i gospodarczej.

          Kończąc, nasuwają się na myśl pytania – czy gdyby Anglicy mieli jeszcze raz niepowtarzalną w historii szansę lub okazję do założenia kolonii w Ameryce Pn. wiedząc, iż koloniści z czasem będą upominać się o swoje prawa, mknąć ku niepodległości, to czy posłaliby swoich ludzi do Nowego Świata, czy też może nie? Czy zrezygnowaliby z akcji kolonializmu, czy wręcz przeciwnie? Czy umieliby powstrzymać bojowników o wolność, posyłając dodatkowe „posiłki” wojskowe czy raczej, znając krwawe liczby m.in. tzw. „bostońskiej masakry” z 1760 roku daliby bez najmniejszego stawiania oporu wolność kolonistom? Jak potoczyłyby się wówczas losy kolonialne Anglii? Jakie stałyby się Stany Zjednoczone wówczas i jakby dziś się kształtowały? Ba, wręcz jaki krąg zatoczyłby bieg historii całego świata? 

 



BIBLIOGRAFIA:

 

·         Cook Ebenezer, E.H. Cohen, The Sot – Weed Canon, Athens 1975.

·         Ferro Marc, Historia kolonizacji, wyd. Bellona, 1997.

·         History of the Plymouth Plantation, w: The Literature of Colonial America: Colonial Period, red. Larzer Ziff, New York 1970.

·         Green,A.W.,  Socjology. An Analysis of Life In Modern Society, New York                                Toronto – London 1956.

·         Kubiak Hieronim, Rodowód Narodu Amerykańskiego, Wydawnictwo  Literackie,           Kraków 1975.

·         Otwin Sauer Carl,  Sixteenth – Century North America, London 1971.

·         Pastusiak Longin, Pierwsi Polscy Podróżnicy w Stanach Zjednoczonych, Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1980.

·         Rozbicki Michał J., Narodziny Narodu. Historia Stanów Zjednoczonych do 1861 roku, Oficyna Wydawnicza Interim, Warszawa 1991.                                                                   

 



[1] M. Ferro, Historia kolonizacji, wyd. Bellona, 1997, s. 37.

[2] Ibidem, s. 37

[3] S. C. Otwin, Sixteenth – Century North America, London 1971, s. 261.

[4] M. J. Rozbicki, Narodziny Narodu. Historia Stanów Zjednoczonych do 1861 roku, Oficyna Wydawnicza

      Interim, Warszawa 1991, s. 58.

[5] Rozbicki…, op.-cit., s. 58. 

[6] Ibidem, s. 59.

[7] L. Pastusiak, Pierwsi Polscy Podróżnicy w Stanach Zjednoczonych, Krajowa Agencja Wydawnicza,

     Warszawa 1980, s. 8.

[8] Rozbicki…, op.-cit., s. 63.

[9] Ibidem, s. 64.

[10]   Ibidem, s. 65.

[11] History of the Plymouth Plantation, [w:] “The Literature of Colonial America: Colonial Period”, red. Larzer    

       Ziff, New York 1970, s. 86.

[12] Rozbicki…, op.-cit., s. 69.

[13] Ibidem, s. 102.

[14] Ibidem, s. 103.

[15] Ibidem, s. 105.

[16] E. Cook, E.H. Cohen, The Sot – Weed Canon, Athens 1975, s. 62.

[17] Ferro…, op.-cit., s. 37.

[18] A.W. Green, Socjology. An Analysis of Life In Modern Society, New YorkTorontoLondon 1956,                

        s. 240.

[19] H. Kubiak, Rodowód Narodu Amerykańskiego, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1975, s. 74.




poniedziałek, 6 kwietnia 2020

ZNACZENIE ZASŁONY PRZYBYTKU W KONTEKŚCIE ŚMIERCI JEZUSA CHRYSTUSA


Na wstępie warto zauważyć, że za czasów Jezusa świątynia w Jerozolimie była jądrem życia religijnego u Żydów. Była ona miejscem, gdzie składano ofiary ze zwierząt i czczono Boga, zgodnie z Prawem Mojżeszowym. Pokrótce warto przedstawić jak owa świątynia wyglądała.

Należy zauważyć, że pierwotnym miejscem kultu i przechowywania Arki Przymierza był podczas wędrówki Izraelitów z niewoli egipskiej Przybytek Mojżeszowy (Namiot Spotkania). Detale dotyczące budowy tegoż zostały przekazane przez Boga Mojżeszowi (Wj 25-31). Sam dokładny z punktu technicznego opis Przybytku wraz z jego najbliższym otoczeniem, a także najdrobniejsze szczegóły odnoszące się do wykończenia tego wyjątkowego miejsca kultu, zawierają się w Wj 26,1-37. Tutaj to można odnaleźć opis zasłony mającej oddzielać miejsce przechowywania Arki Przymierza i przebywania Boga (Bożej obecności, szekina/szechina[1] – wyobrażanej niekiedy jako obłok) miejsca świętego świętych (najświętszego) od miejsca świętego: Sporządzisz zasłonę z fioletowej i czerwonej purpury, z karmazynu i bisioru, a na niej wyhaftujesz cheruby. Zasłonę zawiesisz na czterech słupach z drewna akacjowego, pokrytych złotem, zaopatrzonych w złote haki i opartych na czterech srebrnych podstawkach. Na hakach umocujesz zasłonę, a za nią umieścisz Arkę Świadectwa. Zasłona oddzielać będzie miejsce święte od miejsca najświętszego (Wj 26,31-33). W miejscu świętym usytuowanym na wschód od miejsca najświętszego znajdowały się: złoty ołtarz, czysty świecznik (menora), stół na chleby pokładne (Kpł 24,2-9). Stół i świecznik ustawiono tak, aby były naprzeciwko siebie, zasadniczo po północnej i południowej stronie Przybytku (Wj 26,35). U wejścia do Przybytku powieszono drugą zasłonę, która to miała oddzielić całą konstrukcję Namiotu Spotkania od dziedzińca zewnętrznego, gdzie z kolei umieszczono ołtarz całopalenia, a obok niego duży zbiornik na wodę. Podobny opis zawiera List św. Pawła do Hebrajczyków: Wprawdzie także i pierwsze [przymierze] miało przepisy służby Bożej oraz ziemski przybytek. Był to namiot, w którego pierwszej części zwanej [Miejscem] Świętym, znajdował się świecznik, stół i chleby pokładne. Za drugą zaś zasłoną był przybytek, który nosił nazwę "Święte Świętych". Posiadało ono złoty ołtarz kadzenia i Arkę Przymierza, pokrytą zewsząd złotem. Znajdowało się w niej naczynie złote z manną, laska Aarona, która zakwitła, i tablice Przymierza. Nad nią zaś były cheruby Chwały, które zacieniały przebłagalnię, o czym szczegółowo nie ma potrzeby teraz mówić. Tak zaś te rzeczy były urządzone, iż do pierwszej części przybytku zawsze wchodzą kapłani sprawujący służbę świętą, do drugiej zaś części jedynie arcykapłan, i to tylko raz w roku, i nie bez krwi, którą składa w ofierze za grzechy swoje i swojego ludu.  Przez to pokazuje Duch Święty, że jeszcze nie została otwarta droga do Miejsca Świętego, dopóki istnieje pierwszy przybytek. To zaś jest obrazem czasu teraźniejszego, a składa się w nim dary i ofiary, nie mogące jednak udoskonalić w sumieniu tego, który spełnia służbę Bożą. Są to tylko przepisy tyczące się ciała, nałożone do czasu naprawy, a [polegają] jedynie na pokarmach, napojach i różnych obmyciach (Hbr 9, 1-10).

Tak prezentował się obraz pierwotnego Namiotu Spotkania, pierwowzoru świątyni salomonowej. Ów Namiot okazał się być miejscem zgromadzenia, miejscem spotkania Boga ze swym wybranym ludem.

Pierwsza Świątynia została ufundowana w latach 966-959 p.n.e. przez króla Salomona, który według Biblii wzniósł ją w przeciągu 7 lat na miejscu wskazanym wcześniej przez króla Dawida, na wzgórzu Moria („święta skała”) w północno-wschodniej Jerozolimie. To tam Abraham miał złożyć w ofierze na żądanie Boga Jahwe własnego syna Izaaka. Warto zauważyć, iż do Świątyni, otoczonej kilkoma dziedzińcami, przylegał od południa również zespół pałacowy. Pierwsza Świątynia uległa destrukcji przez wojska króla Babilonu - Nabuchodonozora II w roku 587 p.n.e. lub 586 p.n.e.

Kiedy Izraelici powrócili z niewoli babilońskiej (536 p.n.e.) wzniesiono Drugą Świątynię (520–515 p.n.e.), o wiele skromniejszą, później kilkakrotnie przebudowywaną. Należy zaznaczyć, że w świątyni tej nie było już Arki Przymierza, aczkolwiek znajdowało się tam wciąż Sancta sanctorum (Święte Świętych) w którym mieszkał Bóg, i do którego – podobnie jak niegdyś do pomieszczenia z Arką – nie wolno było nikomu wchodzić. Wyjątek stanowiło doroczne Święto Przebłagania (Jom Kippur), kiedy to arcykapłan wchodził do środka, aby skropić to miejsce krwią z ofiary zwierzęcej.
Z kolei w II w. p.n.e., za Antiocha IV Epifanesa, miało miejsce przemienienie Świątyni Jerozolimskiej w przybytek syro-fenickiego kultu boga Baal-Szamona, nazywanego przez Greków Zeusem. Czas profanacji zakończył ponownym poświęceniem Świątyni Juda Machabeusz. Wydarzenie to jest czczone podczas święta Chanuka. Jeszcze jedna profanacja nastąpiła w 63 p.n.e. gdy Pompejusz opanowując Jerozolimę wtargnął także do Świętego Świętych.

W końcu za panowania Heroda Wielkiego Druga Świątynia została rozebrana i wybudowana na nowo wraz z rozległymi, monumentalnymi dziedzińcami. Budowa trwała 10 lat. Finalnie dzieło ukończono ok. 20 r. p.n.e. Od tego momentu świątynia była nazywana „Świątynią Heroda”. Została ona zburzona po nieudanym powstaniu żydowskim przez Rzymian w 70 r.
Przeznaczeniem świątyni było wysławianie Boga Jahwe i składanie mu ofiar przebłagalnych za grzechy ludu. Raz w roku każdy żydowski mężczyzna miał obowiązek wyruszyć do Świątyni Jerozolimskiej w celu złożenia ofiary (niejednokrotnie zabierał ze sobą całą rodzinę). Przełożonym Świątyni był arcykapłan, a służbę stanowili kapłani i lewici, odbywający swoją posługę według podziału na zmiany.

Budynek Świątyni, o czym już wcześniej wspomniano, dzielił się na kilka pomieszczeń: najpierw był przedsionek, dalej główne pomieszczenie (Miejsce Święte, nawa), a za nim Miejsce Najświętsze („Święte Świętych”) z Arką Przymierza.

Sama Arka Przymierza to obficie pozłacana skrzynia drewniana o wymiarach 140 cm długości, 80 cm szerokości i 80 cm wysokości[2], na której wierzchu nad przebłagalnią znajdowały się dwa złote Cheruby (aniołowie), zakrywający arkę skrzydłami. Arka posiadała również dwa drążki do noszenia jej. Została zbudowana na pustyni przez Mojżesza na polecenie Boga, który podał dokładny sposób jej zbudowania. W niej przechowywano kamienne tablice z tekstem Dekalogu, które Mojżesz otrzymał od Boga na górze Synaj (Horeb). Według niektórych podań znajdowały się w niej jeszcze inne przedmioty, jak laska Aarona (która miała zakwitnąć) i złote naczynie z manną (z nieba).

Wracając do samej zasłony, bazując na dziełach pierwszego żydowskiego historyka Józefa Falwiusza, wiadomo iż Świątynia Salomona miała 60 łokci wysokości (1 Krl 6, 2), aczkolwiek Herod powiększył jej wysokość o 40 łokci, zgodnie z tym co przedstawia w swoich pismach Józef. Nie mając pewności co do dokładności miary ‘łokcia’. Jak zatem wyglądała ta zasłona, która oddzielała miejsce święte od najświętszego? Bazując na powyższych wymiarach (wysokości świątyni) należy przyjąć, że liczyła owa zasłona blisko 15 metrów wysokości. Historyk wspomina także, że miała ona 10 cm grubości, a każda jej strona została ściśle przymocowana złotymi hakami, kółkami[3] W przybytku Mojżesza i świątyni umieszczano ją na 4 słupach z drzewa akacjowego, które pokrywano złotem i dodawano elementy srebrne i brązowe (Wj 26, 30-36). Była zrobiona z bardzo drogich, ekskluzywnych materiałów: fioletowej i czerwonej purpury, karmazynu i kręconego bisioru. Na niej wyhaftowane były cheruby, a później o czym zaświadcza Flawiusz – wyobrażenie nieba oraz, w świątyni Heroda Wielkiego, postaci orła, lwa, wołu i mężczyzny, nawiązujące do księgi proroka Ezechiela (Ez 1, 10).

Znaczenie zasłony przybytku oddzielającej miejsce święte od miejsca najświętszego w wymiarze teologicznym jest dosyć głębokie. Kotara bowiem oddzielała miejsce przebywania Boga na ziemi, tego który jest potrzykroć święty, najświętszy od reszty świątyni, gdzie przebywał grzeszny, splamiony grzechem lud. Tutaj tylko raz do roku i to w dodatku z krwią mógł wejść arcykapłan, który dokonywał przed majestatem Boga rytuału oczyszczenia i przebłagania za grzechy własne i swojego ludu. Wiadomym jest, iż w godzinie śmierci Jezusa zasłona przybytku uległa rozdraciu i tak też u Mateusza i Marka zaraz po skonaniu Jezusa:
Ale Jezus znowu zawołał donośnym głosem i oddal ducha. I oto zasłona świątyni rozdarła się na dwoje, od góry do dołu (Mt 27, 50-51)
Lecz Jezus zawołał donośnym głosem i oddał ducha. A zasłona przybytku rozdarła się na dwoje, z góry na dół (Mk 15, 37-38)
Natomiast u Łukasza zaraz przed skonaniem Jezusa:
Było już około godziny szóstej i mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej. Słońce się zaćmiło i zasłona przybytku rozdarła się przez środek. Wtedy Jezus zawołał donośnym głosem: Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego. Po tych słowach wyzionął ducha (Łk, 23, 44-46).
Czym było owo rozdarcie zasłony oddzielającej Boga od ludzi, będącej granicą między niebem a ziemią? Należy przyjrzeć się w tym miejscu kilku interpretacjom:

1.      Rozdarcie się zasłony na dwoje w momencie śmierci Jezusa symbolizuje ponad wszystko jego ofiarę doskonałą, miłą Bogu, przelanie jego krwi, jako wystarczające odkupienie grzechów ludzkości. Oznacza ono też przejście ze Starego Przymierza do Nowego Przymierza przypieczętowane krwią nowego Baranka – Jezusa Chrystusa. Wskazuje to także na fakt, że od teraz miejsce najświętsze jest dostępne dla wszystkich ludzi, już na wieki, zarówno Żydów jak i pogan. Należy też zwrócić tutaj uwagę na ciekawą symetrię. W godzinie kiedy Jezus dogorywał na krzyżu (dwóch skrzyżowanych belkach) jako ofiara najczystsza, najdoskonalsza, istny Baranek Paschalny, w tym samym czasie w świątyni w miejscu świętym na głos sofaru przygotowywano bądź już zabijano baranki na ucztę paschalną (symbolizowały one wybawienie z niewoli egipskiej i prawdziwą wolność zewnętrzną). Baranki umieszczane były na dwóch drewnianych patykach, skrzyżowanych ze sobą (analogia do krzyża chrystusowego, tj. dwóch skrzyżowanych ze sobą belek).

2.      Jezus sam stał się zasłoną przybytku, tym który łączy niebo z ziemią, jest granicą przez którą przechodzimy z życia ziemskiego do życia wiecznego do Boga. Rozdarta zasłona oznacza, że granicy między Bogiem, dostępnością do niego a ludem już nie ma. Niebo otwarte zostaje dla każdego, dzięki zbawczej ofierze samego Chrystusa. On sam jest arcykapłanem na wieki. Dokładnie tak, jak napisał św. Paweł w Liście do Hebrajczyków: Ale Chrystus, zjawiwszy się jako arcykapłan dóbr przyszłych, przez wyższy i doskonalszy, i nie ręką - to jest nie na tym świecie - uczyniony przybytek,  ani nie przez krew kozłów i cielców, lecz przez własną krew wszedł raz na zawsze do Miejsca Świętego, zdobywszy wieczne odkupienie. Jeśli bowiem krew kozłów i cielców oraz popiół z krowy, którymi skrapia się zanieczyszczonych, sprawiają oczyszczenie ciała, to o ile bardziej krew Chrystusa, który przez Ducha wiecznego złożył Bogu samego siebie jako nieskalaną ofiarę, oczyści wasze sumienia z martwych uczynków, abyście służyć mogli Bogu żywemu. I dlatego jest pośrednikiem Nowego Przymierza, ażeby przez śmierć, poniesioną dla odkupienia przestępstw, popełnionych za pierwszego przymierza, ci, którzy są wezwani do wiecznego dziedzictwa, dostąpili spełnienia obietnicy. Gdzie bowiem jest testament, tam musi ponieść śmierć ten, który sporządza testament. Testament bowiem po śmierci nabiera mocy, nie ma zaś znaczenia, gdy żyje ten, który sporządził testament. Stąd także i pierwszy nie bez krwi był zaprowadzony. Gdy bowiem Mojżesz ogłosił całemu ludowi wszystkie przepisy Prawa, wziął krew cielców i kozłów z wodą, wełną szkarłatną oraz hizopem i pokropił tak samą księgę, jak i cały lud, mówiąc: To [jest] krew Przymierza, które Bóg wam polecił. Podobnie także skropił krwią przybytek i wszystkie naczynia przeznaczone do służby Bożej. I prawie wszystko oczyszcza się krwią według Prawa, a bez rozlania krwi nie ma odpuszczenia [grzechów]. Przeto obrazy rzeczy niebieskich w taki sposób musiały być oczyszczone, same zaś rzeczy niebieskie potrzebowały o wiele doskonalszych ofiar od tamtych. Chrystus bowiem wszedł nie do świątyni, zbudowanej rękami ludzkimi, będącej odbiciem prawdziwej [świątyni], ale do samego nieba, aby teraz wstawiać się za nami przed obliczem Boga, nie po to, aby się często miał ofiarować jak arcykapłan, który co roku wchodzi do świątyni z krwią cudzą. Inaczej musiałby cierpieć wiele razy od stworzenia świata. A tymczasem raz jeden ukazał się teraz na końcu wieków na zgładzenie grzechów przez ofiarę z samego siebie. A jak postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd, tak Chrystus raz jeden był ofiarowany dla zgładzenia grzechów wielu, drugi raz ukaże się nie w związku z grzechem, lecz dla zbawienia tych, którzy Go oczekują (Hbr 9, 11-27). Rozdarcie zasłony przybytku oznacza przebicie, rozdarcie boku Jezusa włócznią przez setnika - Mamy więc, bracia, pewność, iż wejdziemy do Miejsca Świętego przez krew Jezusa. On nam zapoczątkował drogę nową i żywą, przez zasłonę, to jest przez ciało swoje (Hbr 10, 19-20). Tak więc w wymiarze symbolicznym zasłona wskazuje na Chrystusa jako drogę do Ojca. To przez Zbawiciela może każdy zbawiony wejść do miejsca Najświętszego dotychczas zarezerwowanego wyłącznie w wymiarze ziemskim dla arcykapłana. Od tej godziny każdy ma przystęp do Boga „twarzą w twarz”. Trzymajmy się jej jako bezpiecznej i silnej kotwicy duszy, [kotwicy], która przenika poza zasłonę, gdzie Jezus poprzednik wszedł za nas, stawszy się arcykapłanem na wieki na wzór Melchizedeka (Hbr 6, 19-20). W dodatku Jezus zostaje określony mianem „przebłagalni” u św. Pawła: Bóg uczynił Go ołtarzem przebłagania). Przez wiarę, w Jego krwi objawił swoją sprawiedliwość, aby odpuścić grzechy popełnione uprzednio (Rz 3,25). To tutaj w tejże przebłagalni, prototypie konfesjonału w znaczeniu katolickim, grzech, ludzki grzech spotyka się z Bożym miłosierdziem, przebaczeniem. Ciekawy wydaje się w tym kontekście także fragment z 2 Listu św. Pawła do Koryntian: A kiedy ktoś zwraca się do Pana, zasłona opada. Pan zaś jest Duchem, a gdzie jest Duch Pański – tam wolność. My wszyscy z odsłoniętą twarzą wpatrujemy się w jasność Pańską jakby w zwierciadle; za sprawą Ducha Pańskiego, coraz bardziej jaśniejąc, upodabniamy się do Jego obrazu (2 Kor 3, 16-18).

3.      Rozdarcie się zasłony w chwili śmierci Jezusa na drzewie krzyża, oznacza objawienie się Boga i Jego łaski na cały świat. Można zinterpretować to dosyć obrazowo -  Bóg widząc śmierć Jezusa, swojego jednorodzonego Syna, rozdziera własne szaty na znak bólu i łączności z Synem. Tym samym Bóg okazuje swój gniew wobec tych, którzy mieli obietnicę zbawienia (narodu wybranego – Izraelitów), a nią ostatecznie wzgardzili i otwiera ją dla pogan, dla wszystkich ludzi a nie wyłącznie dla Żydów. W ten sposób jasno daje do zrozumienia, że łaska Boża nie jest dostępna dla człowieka tylko w dzień świąteczny, gdy człowiek powstrzymuje się od pracy wykonywanej w pocie czoła, która jest konsekwencją grzechu, ale ta łaska jest nieustannie dostępna. Niebo, które obrazowo przedstawione jest na zasłonie, zostaje otwarte i zbawienie w pełni dane każdemu z ludzi.

4.      Rozdarcie się zasłony według Ojców Kościoła:

·         Tertulian: cheruby opuściły świątynię, ponieważ nie było już tam Bożej obecności, dlatego że świątynią Boga jest ciało Jezusa Chrystusa, rozdarte włócznią żołnierza na drzewie krzyża
·         Św. Hieronim: ciało Jezusa zostało rozdarte włócznią na krzyżu i z tego też powodu Bóg posłał anioła, aby rozdzielił zasłonę w świątyni jerozolimskiej
·         Św. Grzegorz z Nazjanzu: zasłona przybytku rozdarta została, gdyż na stałe otwarły się drzwi do niebios

Reasumując zasłona przybytku była nieustannym przypominaniem człowiekowi, że grzech wciąż na nim ciąży i oddziela niedoskonałą ludzkość od obecności doskonałego Boga. Fakt, że ofiary ze zwierząt składano co roku, a pozostałe ofiary powtarzano każdego dnia podkreśla, że grzech w żaden sposób nie mógł być rzeczywiście odkupiony czy unieważniony w tychże ofiarach. Tylko Jezus Chrystus, własną śmiercią, usunął wszystkie bariery dotychczas stojące na drodze człowieka do Boga. Świątynia z kolei była tylko cieniem rzeczy mających nastąpić, a które w zupełności wskazywały na Jezusa Chrystusa. To On był zasłoną miejsca najświętszego, a przez jego śmierć wierzący mają wolny dostęp do Boga. Niezwykle trafny jest tutaj komentarz św. papieża Leona Wielkiego mówiącego, że wraz z rozerwaniem zasłony przybytku nastąpiło przejście od Prawa Starego Przymierza do Ewangelii, od synagogi do Kościoła Bożego, od wielu ofiar Starego Testamentu do jednej jedynej ofiary Jezusa Chrystusa, Baranka Bożego, który gładzi, bierze na siebie i niesie grzechy świata (por. J 1, 29).

Rozdarcie zasłony przybytku w skrócie:
1.      Rozdarcie boku chrystusowego na krzyżu włócznią, rozdarcie jego ciała = rozdarcie zasłony przybytku.
2.      Jezus jako zasłona, granica między Bogiem a ludźmi, pośrednik, łącznik między niebem a ziemią, jego rozdarte ciało, ofiara doskonała = rozdarcie zasłony, rozdarcie granicy między Bogiem a ludźmi, między niebem a ziemią, Bóg dostępny od teraz dla każdego. Nie potrzeba już zasłony, gdyż grzech w sposób doskonały został już odkupiony
3.      Zasłona = Jezus Chrystus jako droga do Ojca, zasłona odbiciem rzeczy przyszłych w Jezusie Chrystusie, zasłona jest tymczasowa, dlatego ulega rozdarciu a Chrystus jest wieczny
4.      Rozdarcie zasłony jako wylanie się łaski Bożej na cały świat, Boża obecność (Szechina) odchodzi ze świątyni i dokonuje Objawienia w całym świecie
5.      Rozdarcie się zasłony ukazuje symboliczne rozdarcie szat przez Ojca patrzącego na śmierć swojego Syna, ukazuje gniew Boży nad Izraelem, narodem wybranym, który nie przyjął Chrystusa i tym samym Bóg otwiera zbawienie także poganom
6.      Rozdarcie zasłony przybytku jako znak, że cheruby strzegące miejsca najświętszego opuszczają świątynię, gdyż Boga, Bożej obecności (Szechiny) już tam nie ma
7.      Rozdarcie zasłony przybytku jako znak, że Stary Testament uległ w godzinie śmierci Chrystusa wypełnieniu. Nastąpiło przejście ze Starego do Nowego Przymierza, z wielu niedoskonałych ofiar do jednej doskonałej ofiary, z czasów świątyni do czasów Kościoła.






[1] Szechina - w judaizmie termin określający immanencję, niecielesną obecność Boga w świecie. Podmiotowo Szechina jest identyczna z Bogiem, jednak nigdy nie była adresatem modlitw i nie przypisywano jej boskich atrybutów. Miejscem Boga zawsze było niebo, Szechina była sposobem objawiania się, udzielania się i nawiązywania relacji z dziełem stworzenia (czy to jako obłok czy słup ognia, czy jako krzak gorejący). Była obecna w Namiocie Spotkania, w czasie wędrówki Izraelitów z Egiptu do Ziemi Obiecanej. Kluczowym biblijnym miejscem pobytu Szechiny była Świątynia Jerozolimska – między innymi tam jej obecność była silniej odczuwana. W Księdze Powtórzonego Prawa była „Obecnością Boga” określaną jako „zamieszkiwanie przez imię”, a literatura midraszowa stosowała określenie Szechina jako jedno z Imion Boga. Według niektórych tradycji żydowskich symbolem Szechiny było światło. Dobry uczynek miał ją przyciągać, zaś zły uczynek ją odpychać. Pojęcie Szechiny zostało przejęte przez chrześcijaństwo. W tym kontekście Szechiną określana jest Maria, zwłaszcza w czasie ciąży, w której nosiła Jezusa, a więc wcielenie Boga. W tekstach katolickich, w tym w Litanii loretańskiej, Maria w związku z tym bywa określana Arką Przymierza.
[3] Według o. Roberta Wawrzenieckiego OMI (za: http://wawrzeniecki.pl/rozdarta-zaslona-znakiem-otwartego-serca-boga/ 07.03.2020) zasłona w przybytku miała ok. 21 metrów wysokości, 10,5 metra szerokości oraz 10 centymetrów grubości. Właściwie w świątyni Heroda Wielkiego były 2. Zasłony, a każda z nich wysokości ok. 8. piętrowego bloku. Ciekawą rzeczą jest, że jedną taką zasłonę przez cały rok tkały 82. tkaczki, a czyściło ją co jakiś czas aż 300 kapłanów.


Piotr Żak – rocznik 1990, magister stosunków międzynarodowych (Uniwersytet Jagielloński) oraz magister amerykanistyki (Uniwersytet Jagielloński), oba tytuły uzyskane w 2014 roku. Zainteresowania naukowe: historia, dyplomacja, prawo międzynarodowe publiczne oraz teologia. Planowany doktorat w zakresie nauk społecznych, stricte stosunków międzynarodowych. W wolnych chwilach: podróże, fotografia przyrody oraz bieganie i jazda na rowerze. Członek Związku Strzeleckiego „Strzelec” Równość Wolność Niepodległość. Numer ORCID: https://orcid.org/0000-0002-9145-2816.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

EPISKOPAT, PAPIEŻ A KWESTIA UCHODŹCÓW I SŁOWA PANA JEZUSA Z ŁK 11, 45-46

Czy w naszym Kościele katolickim nastał nowy, obecnie ulubiony przez hierarchów dogmat? Dogmat o uchodźcach? Można odnieść bowiem takie wrażenie słuchając niemal z każdą homilią czy to biskupów czy papieża właśnie takie wrażenie. Coraz mniej mówi się o tym co boskie, o jedynym Zbawicielu człowieka – Jezusie Chrystusie, dogmatach katolickich, a za to stawia w centrum rozważań człowieka – tzw. uchodźcę. Czy nastał czas przestawienia toku myślenia i głoszenia z patrzenia teologicznego na antropocentryczne? Czy taka jest misja Kościoła, aby człowieka w centrum stawiać? Serio Kościół żyje od kilku lat zasadniczo tylko jednym tematem – uchodźców? A gdzie pozostałe problemy społeczne, ekonomiczne, a nade wszystko to co powinien Kościół z założenia i swej istoty (i co faktycznie czynił przez 2000 lat) – kwestie teologiczne i moralne? Dlaczego polski episkopat z tak wielkim uporem wciska nam wiernym katolikom taką ciemnotę nt. uchodźców? Przecież: 1. Polska przyjęła pod swój dach blisko 2 mln Ukraińców[1] i ta liczba bez wątpienia będzie dalej rosła. Nie oszukujmy się jednak. Znaczna część Ukraińców to nie uchodźcy, ale imigranci ekonomicznie. Czy posiada bowiem ktokolwiek statystyki (czy choćby MSZ prowadzi takie analizy) ilu spośród przybywających do Polski Ukraińców to osoby z terenów objętych wojną (choćby Donbasu, Ługańska)? 2. Polska (Polacy) w ogromnej mierze pomaga uchodźcom na miejscu, m.in. w Syrii (pomoc finansowa, materialna, etc.). I jak stwierdził bp Aleppo - Georges Abou Khazen - Jedyny rząd <polski>, który pomaga bezinteresownie[2]. Pytanie – czy biskupi polscy i papież Franciszek tego nie dostrzegają? Czy raczej celowo to przemilczają, napastując nas nawoływaniem do przyjmowania tzw. uchodźców, z których wielu to w rzeczywistości ekonomiczni imigranci, a co niektórzy to terroryści? Skandaliczna jest ostatnia wypowiedź abp Gądeckiego, stwierdzającego, tu cytuję: Bezpieczeństwo uchodźcy, który potrzebuje pomocy, jest ważniejsze niż bezpieczeństwo narodowe[3]. Kimże jest ów abp, że pozwala sobie głosić takie tezy? Dlaczego sam swoim życiem nie pójdzie za Jezusem Chrystusem i nie da świadectwa nam maluczkim swoim własnym przykładem – przyjmując do swego pałacu choć jedną rodzinę – najlepiej muzułmańskich uchodźców? Czy postawa m.in. abp Gądeckiego nie jest postawą faryzejską? Pan Jezus jasno zwraca się do uczonych w Piśmie (słowa jakże uniwersalne – zwrócone również do dzisiejszych kapłanów): Wtedy odezwał się do Niego jeden z uczonych w Prawie: «Nauczycielu, słowami tymi także nam ubliżasz». On odparł: «I wam, uczonym w Prawie, biada! Bo nakładacie na ludzi ciężary nie do uniesienia, a sami nawet jednym palcem ciężarów tych nie dotykacie (Łk 11, 45-46). Czy i tak nie jest obecnie? Na nas prostych ludzi kapłani nakładają ciężary nie do uniesienia, a sami palcem nie kiwną by ów ciężary dotknąć? Szanowny ks. abp. czy ksiądz nie wie, że obłuda obrzydza katolików, tym bardziej Polaków? Kolejnym agitatorem przyjmowania uchodźców jest kard. Nycz. Jemu jednak dobitnie odparła w tej kwestii pani poseł – prof. Krystyna Pawłowicz: Proszę nas, Księże Kardynale, proislamsko nie agitować i nie zawstydzać „nieprzyjmowaniem uchodźców”, czytaj: Chrystusa[4]. Szanowny Episkopacie RP! My Polacy pomagamy uchodźcom w najlepszy możliwy sposób. Tak więc wy biskupi nie macie żadnego prawa, tym bardziej moralnego prześladować nas w tej sprawie. Odpuśćcie sobie tę retorykę i zajmijcie się tym, do czego powołał Was jedyny Zbawiciel świata – Jezus Chrystus Pan – do nawracania i głoszenia Ewangelii wszelkiemu stworzeniu, w tym muzułmańskim uchodźcom. AMEN!








[1] https://www.gloria.tv/article/TWQRczs4Y2Pt6RjprqQUg7ZmU
[2] https://www.wprost.pl/kraj/10084816/biskup-z-aleppo-dziekuje-polsce-za-pomoc-jedyny-rzad-ktory-pomaga-bezinteresownie.html
[3] http://gosc.pl/doc/4455355.Abp-Gadecki-Bezpieczenstwo-uchodzcy-ktory-potrzebuje-pomocy
[4] https://wpolityce.pl/polityka/376574-do-ksiedza-kardynala-prosze-nas-proislamsko-nie-agitowac-i-nie-zawstydzac-nieprzyjmowaniem-uchodzcow-czytaj-chrystusa


Piotr Żak – rocznik 1990, magister stosunków międzynarodowych (Uniwersytet Jagielloński) oraz magister amerykanistyki (Uniwersytet Jagielloński), oba tytuły uzyskane w 2014 roku. Zainteresowania naukowe: historia, dyplomacja, prawo międzynarodowe publiczne oraz teologia. Planowany doktorat w zakresie nauk społecznych, stricte stosunków międzynarodowych. W wolnych chwilach: podróże, fotografia przyrody oraz bieganie i jazda na rowerze. Członek Związku Strzeleckiego „Strzelec” Równość Wolność Niepodległość. Numer ORCID: https://orcid.org/0000-0002-9145-2816.

REKONSTRUKCJA ZDARZEŃ PORANKA ZMARTWYCHWSTANIA JEZUSA CHRYSTUSA

  1.     Jezus zmartwychwstaje nie naruszając płótna i chusty, przenika skalne mury, nie naruszając głazu ( Wszedł on do wnętrza grobu i ujr...